Podróże,  Weganizm po angielsku

100 % vegan pub


Pub to skrót od public house, określenia, które stosowano już od średniowiecza. Następnie nazwa ta uległa skróceniu i używano tylko słowa PUBLIC, aż w końcu zostało samo PUB (w Polsce jego odpowiednikiem są gospody).

Puby spotykane są głównie w Wielkiej Brytanii i krajach będących kiedyś pod panowaniem korony.

Dzielimy je na free house oraz public house. Różnica polega na tym, że te pierwsze nie są związane  z żadnym większym wytwórcą piwa i sprzedają często własne wyroby, podczas gdy te drugie mają umowę z konkretnym browarem.

Gdy przyjechałam do Anglii, byłam do nich sceptycznie nastawiona . Z dzisiejszego punktu widzenia stwierdzam, że najzwyczajniej w świecie nie byłam przyzwyczajona, odmienna kultura, inny styl picia piwa. Wyżej wspomniałam, że odpowiednikiem są polskie gospody. Tak na dobrą sprawę kto z nas chodzi do gospody tak często ? Głównie jest kojarzona z przydrożnym zajazdem, a tam bywałam rzadko, nawet nie mam prawa jazdy.

W angielskim pubie można spotkać każdego, nie ważne, jaki ma status społeczny, czy jakiej jest płci. Tu nie traktuje się tego, jak zwykłego baru lub klubu. To po prostu lokal, w którym można się spotkać, porozmawiać, czy zjeść domowy obiad. Nie wspomniał wcześniej, że w Wielkiej Brytanii na próżno szukać restauracji z tradycyjnym jedzeniem, w ogóle nie słyszałam o „angielskich” restauracjach. Tego typu dania podaje się właśnie w pubach.

Uwielbiam to jedzenie! Jest proste, smaczne i w większości lokali są dostępne opcje wegańskie. Anglia to multi kulturalny kraj i odnosi się to także do pub’owego jedzenia, lecz niestety „wegańska opcja” to głównie burrito, grubo cięte frytki (chips) i oczywiście curry. Nie narzekam, oczywiście, że nie, ale………. Już mi się to przejadło. O tradycyjnym pie (placek z wytrawnym nadzieniem na ciepło) czy york shire puddingu nie ma co marzyć.

Po tym przydługawym wstępie nadeszła pora na opis mojego bardzo satysfakcjonującego odkrycia.

Jakieś dwa tygodnie temu wpadłam na bardzo genialnym plan, że użyje wyszukiwarki (bardzo odkrywcze) i może znajdę jakieś inne roślinne opcje niż wspomniane wcześniej.

Jak ja się ucieszyłam, kiedy znalazłam w 100% wegański pub i to w mieście oddalonym niecałe 40 km od domu.


Nourish to bardzo przyjemne  miejsce o jasnym wnętrzu i nieskomplikowanym wystroju, położone w malowniczym Bath.  Wcześniej istniało pod nazwą The Beaufort i było tradycyjnym pubem, jednak właściciel i kucharz po przejściu na weganizm zdecydowali się na zmianę jego charakteru. Podaje się tam tylko roślinne dania. Dla pewności pytałam obsługę z dziesięć razy czy wszystkie sery w potrawach są na pewno vegan friendly . Przemiły gospodarz podszedł do naszego stolika, zapewniając, że całe menu jest wegańskie, nie ma jednak pewności co do piw, ponieważ niestety sami ich nie produkują.

Jedzenie było pyszne, a porcje naprawdę duże. Chciałam zamówić tradycyjny placek, ale mój partner się uparł, że to on go zje, bo jest na bazie Piwa, Ale, dodają do niego tłuczone ziemniaki i groszek. Stwierdziłam, że nie wezmę tego samego, bo to bez sensu, przecież i tak mogę spróbować, więc miałam dylemat między burgerem a lasagne. Po długim namyśleniu się wybrałam to drugie, bo burgery dostępne są już praktycznie wszędzie, ale kusiły mnie dodatki-frytki i majonez. Moje danie okazało się równie pyszne. Najchętniej spróbowałabym wszystkiego, ale nie byłabym w stanie więcej zmieścić. Muszę tam wrócić przynajmniej jeszcze z pięć razy.


Byliśmy zaskoczeni, że nie wygląda to w środku jak tradycyjny pub house, ale bardziej niż restauracja. Mieliśmy z tego powodu mały mętlik w głowie. Jak zamawiać? Czy podejść do baru, jak robi się to zazwyczaj, czy czekać. Postanowiliśmy czekać, sączyć po małym piwie i pozwolić toczyć się sprawą swoim biegiem. Drugim sygnałem „do czekania” były przyszykowane dla nas nakrycia (w tradycyjnych pubach nie ma nakryć, wszystko, co się podaje to talerz pełen jedzenia i sztućce zawinięte w serwetkę).

Owszem zamówiliśmy wcześniej stolik, bo była sobota wieczór, po czarnym piątku i w tym samym czasie w Bath odbywał się jeden z większych świątecznych marketów w południowo-zachodniej Anglii, więc nigdy nic nie wiadomo. Po krótkim czasie podszedł właściciel i podał nam kartę dań, a chwilę po nim pojawiła się kelnerka. Można stwierdzić, że to nie pub, ale nadal mają bar, który znajduje się zaraz przy wejściu i dość bogatą ofertę piw. To może jednak pub?

Każdy niech interpretuje po swojemu, ja wolę myśleć, że to pub, czuje dzięki temu, że spełniłam swój obowiązek kulinarnego poszukiwacza.

 

Galeria

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.